|
Internet w dzisiejszych czasach stał
się integralną częścią życia wielu ludzi na całym
świecie. Jest on potężnym źródłem informacji, ale niesie
ze sobą także wiele potencjalnych zagrożeń i
niebezpieczeństw wynikających z niewłaściwego
korzystania z jego ogromnych zasobów.
Najłatwiej jest po prostu uzależnić się od Internetu.
Wciąga on niesamowicie. Staje się nałogiem tak jak
palenie papierosów czy picie alkoholu. Po pewnym czasie
zdajemy sobie sprawę, że codziennie siedzimy w sieci po
kilka godzin i ciągle jest nam mało i chcemy jak
najwięcej czasu poświęcać na surfowanie po necie. A to
sprawdzimy sobie pocztę, zajrzymy na jakiegoś czata a
następnie na jakąś ciekawą stronkę. I tak w kółko…
Wpadamy coraz głębiej w sidła Internetu - uzależniamy
się od niego. Nie możemy bez niego normalnie
funkcjonować. Zaczynamy działać w myśl następującej
zasady: dzień bez Internetu to dzień stracony.
Najłatwiej zostać niewolnikiem czata, czyli internetowej
pogawędki na żywo z innymi osobami. Każdy czat ma swoich
stałych bywalców, którzy siedzą na nim dzień w dzień.
Oczywiście czat jest bardzo dobrym miejscem do
nawiązania nowych, niejednokrotnie ciekawych znajomości,
ale można także poznać niewłaściwe osoby. Często na
czatach grasują także pedofile, którzy umawiają się na
spotkania na żywo i później próbują swoim ofiarom zrobić
krzywdę. Tak, więc czat wciąga bardzo mocno i już po
kilku wizytach można się od niego uzależnić i sprawi on,
że będziemy na niego zaglądali, kiedy tylko będziemy
mieli do tego sposobność. Równie łatwo jak od czata
można się uzależnić od różnych komunikatorów. Są to
programiki umożliwiające rozmowę on-line z innymi
osobami a także wysyłanie sms-ów i e-maili.
Najpopularniejszym z komunikatorów jest gadu-gadu. Jest
to produkt całkowicie polskiej myśli informatycznej.
Cechuje się on prostotą obsługi i oferuje wiele funkcji
dodatkowych. Bardzo łatwo stać się niewolnikiem gg…
Umawiamy się na codzienną pogaduszkę ze znajomymi i tak
się koło zamyka. Coraz częściej siedzimy na gg i gadamy
o głupotach. Także odwiedzając różne strony internetowe
możemy się od oglądania takich stron uzależnić.
Wystarczy, że taka strona wyda mam się ciekawe i godna
uwagi i postanowimy jutro na nią zajrzeć, aby sprawdzić,
co się pojawiło nowego. I tak codziennie zaglądamy na
naszą ulubioną stronę (bądź strony) w poszukiwaniu
nowości…
Należy także pamiętać, że zakładając sobie konto
pocztowe lub rejestrując się w jakimś serwisie,
niejednokrotnie musimy podać nasze dane osobowe. Co
prawda w Polsce mamy ustawę o ochronie danych osobowych,
ale ustawa sobie a życie sobie. Należy uważnie czytać
regulaminy przed rejestracją a nie po niej. A to,
dlatego że niekiedy są poukrywane w takim regulaminie
jakieś kruczki. Nie chcielibyśmy przecież przeczytać w
jakiś gazecie, bądź na jakimś ogłoszeniu naszego imienia
i nazwiska oraz dokładnego adresu.
Podawanie naszego adresu e-mail w różnych serwisach i
subskrybowanie wszystkiego, co popadnie może spowodować
niekontrolowany napływ reklam i różnych innych śmieci
nazywanych w terminologii informatycznej spamem. A spamu
nie lubi nikt. Powoduje on zapchanie naszej skrzynki
pocztowej, której pojemność jest zwykle ograniczona i
waha się w granicach 5 - 10 megabajtów. Przez coś
takiego może nie dojść do Nas ważna i oczekiwana
korespondencja. Tak, więc trzeba uważać, aby samemu nie
zaserwować sobie zapychu skrzynki pocztowej. Przecież
nie jest przyjemne, gdy zastajemy w skrzynce przykładowo
około 50 wiadomości i wszystkie to reklamy bądź inne
nieistotne treści z różnymi bzdurami zamiast tak
oczekiwanego listu.
Internet oferuje także bardzo łatwy dostęp do stron o
treści erotycznej. Wystarczy wpisać w wyszukiwarce
internetowej jakieś słowo kojarzące się z erotyką i
wyskakuje nam w wynikach kilka tysięcy stron
zawierających słowo, które wpisaliśmy. Cóż z tego, że
można w przeglądarce internetowej ustawić poziom
zabezpieczeń i zamknąć dostęp do stron o treści
pornograficznej naszym pociechom z domu, skoro w
kafejkach internetowych nikt nie zwraca uwagi, kto
wchodzi, na jakie strony. Po prostu klient nasz pan a
skoro płaci to i wymaga pełnego dostępu do Internetu.
Tam nikogo nic nie obchodzi. Po prostu samo życie.
Następnym zagrożeniem wynikającym z korzystania z
Internetu są wirusy. Wirus to program, który może
doprowadzić do utraty wszystkich danych przechowywanych
na twardym dysku bądź też do trwałego uszkodzenia
któregoś z podzespołów komputera. Każdy użytkownik
komputera wie, że nie powinien mieć na swojej maszynce
żadnego wirusa. I nikt nie powinien wchodzić do
Internetu bez programu antywirusowego - specjalnego
programu do wykrywania i zwalczania wirusów zanim te
zdążą zacząć działać. Bardzo łatwo jest złapać jakiegoś
wirusa w sieci. Najprościej chyba przez pocztę
elektroniczną. A konkretnie przez otwieranie listów
nieznanego pochodzenia. Zazwyczaj w załączniku takiego
listu znajduje się plik o bardzo przyjaznej nazwie typu
odpal mnie lub niespodzianka… A my z ciekawości
otwieramy taki plik i nieszczęście gotowe. Najbardziej
znanym wirusem na świecie jest wirus o wdzięcznej nazwie
Czarnobyl. Wirus ten uaktywnia się raz do roku w
rocznicę tragedii w elektrowni atomowej w Czarnobylu. I
sieje wielkie spustoszenie. Ostatnio zaś prawdziwą
furorę robi wirus o nazwie Kurnikowa. Znajduje się on w
pliku o nazwie Kurnikowa dołączanym do listów e-mail.
Pierwotnie mają to być zdjęcia znanej rosyjskiej
tenisistki a mamy wirusa. Programiści, którzy piszą
wirusy stale doskonalą się w tym, co robią i wypuszczają
na rynek coraz to groźniejsze "robaki". W odpowiedzi
otrzymujemy coraz to nowsze bazy wirusów do swoich
programów zabezpieczających, dzięki którym możemy
uniknąć przykrej niespodzianki. Nigdy jednak do końca
nie możemy czuć się bezpiecznie. Program antywirusowy
czasami nie wystarcza...
Często też możemy zostać zaatakowani przez hakera, który
dla zabawy postanowił się gdzieś włamać i spośród wielu
milionów komputerów padło akurat na nasz. Taki haker,
czyli internetowy włamywacz, gdy już dostanie się do
naszego komputera może praktycznie wszystko - skasować
nam z dysku, co tylko chce albo też poszukać jakichś
informacji na naszym dysku, z których mógłby czerpać
korzyści dla siebie samego. Najczęściej także po takim
włamaniu haker zostawia sobie trojana. Trojan to furtka,
dzięki której haker nie będzie musiał się ponownie
włamywać do naszego komputera tylko skorzysta właśnie z
tej furtki. Najsłynniejszym komputerowym, hakerem jest
Kevin Mitnick, który za swoje przestępstwa internetowe
dostał wyrok pozbawienia wolności i dożywotni zakaz
korzystania z komputera podłączonego do Internetu.
Hakerzy dzielą się na dwie grupy. Takich, którzy włamują
się tylko dla własnej przyjemności i satysfakcji oraz na
takich, którzy czerpią z włamania korzyści. Całe
szczęście tych drugich jest na świcie bardzo mało. I
raczej nie będzie ich interesowała zawartość naszego
dysku twardego. Zawodowych hakerów interesują raczej
serwery rządowe bądź serwery wielkich firm i korporacji
przemysłowych.
W wyniku korzystania z Internetu, czyli w wyniku
siedzenia przed komputerem możemy nabawić się różnego
rodzaju chorób. Najbardziej narażone są nasze oczy.
Długotrwałe wpatrywanie się w monitor komputera powoduje
ból oczu i może prowadzić do pogorszenia wzroku. I na
nic zdadzą się najlepsze monitory o obniżonym
promieniowaniu lub z rewelacyjnymi filtrami. Tego
promieniowania nie da się wyeliminować i zbyt
długotrwałe siedzenie przed monitorem jest szkodliwe. To
samo dotyczy naszej postawy, jaką przyjmujemy siedząc
przed komputerem. Siedząc powinniśmy być wyprostowani.
Tymczasem w praktyce wygląda to zupełnie inaczej.
Siedzimy zgarbieni, podpierając jedną ręką głowę nie
zachowując bezpiecznej odległości od monitora… A
dlaczego? Bo tak wygodniej. Ale to wygodniej to tylko
pozory. Niewłaściwa pozycja może prowadzić do wady
postawy, czyli do skrzywienia lub zdeformowania
kręgosłupa. I trwały uraz pozostający na całe życie
gotowy…
Wyniki sondażu przeprowadzonego przez wirtualną Polskę
wśród użytkowników poczty na portalu www.wp.pl mówią
same za siebie: 32% użytkowników poczty jest w
Internecie codziennie, 45% co dwa dni, 14% przynajmniej
raz w tygodniu a reszta rzadziej. Wnioski nasuwają się
same. Większość ludzi ze społeczności internetowej jest
uzależniona od Internetu i nie może bez niego żyć. A jak
jest w Twoim przypadku?!? |
|
Przeciętnemu użytkownikowi zwiększenie wydajności komputera kojarzy się przede wszystkim ze zwiększaniem fabrycznie ustalonej częstotliwości zegarów, czyli overclockingiem. Owszem jest to jeden ze sposobów przyspieszenia komputera jednak nie jestem wcale pewien czy najważniejszy. Otóż zanim zaczniemy pokręcać naszą maszynę, spójrzmy jeszcze czy jest ona, aby w miarę optymalnie złożona i oprogramowana.
Właściwa konfiguracja
Osoba kupująca komputer w supermarkecie w zasadzie nie ma wyboru - do jej koszyka trafia maszyna o z góry ustalonych podzespołach, częstokroć wcale nie najrozsądniej dobranych. Najpopularniejszy błąd, popełniany przez dostawców, polega na łączeniu najnowszego procesora ze słabszymi podzespołami. Szczytowym osiągnięciem w tej dziedzinie był komputer (nazwę firmy z litości przemilczę), w którym połączono Pentium 4 1,5 GHz z. kartą graficzną opartą na układzie nVidia Riva TNT2! Czyli mniej więcej tak, jakby do mercedesa założyć opony od malucha. Bzdura totalna! Choć z drugiej strony rozumiem tok myślenia speców od marketingu: "ludzie zobaczą etykietkę, P4, skusi ich niska cena (fakt, całość kosztowała około 3 tysięcy zł) - a kogo obchodzi reszta?".
Porządek musi być
Większość ludzi zwraca przede wszystkim uwagę na hardware, zapominając o stronie programowej. Błąd! W zasadzie, wydajny komputer powinien mieć zainstalowany jedynie system operacyjny, sterowniki oraz kartę graficzną. Podstawowy grzech to instalowanie na twardym dysku wszystkiego, co tylko wpadnie nam w ręce. Dema z cedeków dołączanych do pism, programy ściągnięte z Internetu, rozmaite duperele przyniesione od kumpla - to wszystko jest bardzo fajne, jednak wyjątkowo brudzące. Kilkadziesiąt kłębiących się na HDD aplikacji jest w stanie dokładnie zaśmiecić rejestr, wydłużyć start komputera i spowolnić pracę komputera. Pamiętajmy też o regularnej defragementacji dysków - odczyt rozbitych na setki kawałków plików potrafi zabrać nieprawdopodobną ilość czasu. Co prawda, jest to operacja dość czasochłonna (zwłaszcza przy większych dyskach), jednak warto ją przeprowadzić co najmniej raz na dwa miesiące.
Update
Kolejny istotny element - sterowniki. W chwili, gdy dany produkt (zwykle chodzi o karty graficzne) trafia na rynek, najczęściej dołączane są do niego niezbyt zaawansowane sterowniki. To znaczy, owszem - karta działa nie najgorzej, jednak, jak pokazuje historia ostatnich kilku lat, po zainstalowaniu poprawionych wersji sterowników wydajność może wzrosnąć nawet o kilkanaście procent. O ile manewr taki w przypadku kart graficznych jest wskazany, o tyle już przy płytach głównych zalecałbym zachowanie ostrożności. Upgrade BIOS-u bywa, bowiem czynnością dość ryzykowną - czasami
zdarza się, iż po nieudanej próbie przeprogramowania Flash ROM-u płyta w ogóle odmawia posłuszeństwa.
Overclocking
Zanim jednak zaczniemy podkręcać procesor, należy zapewnić odpowiednią ochronę przed grożącym mu w wyniku takiego działania przegrzaniem. Na szczęście, większość współczesnych płyt głównych firmowo wyposażona jest w czujniki temperatury - zwykle zlokalizowane są one w pobliżu gniazda procesora. Zazwyczaj w BIOS-ie należy tylko włączyć stosowną funkcję monitorującą, a z cedeka dołączonego do płyty zainstalować program wyświetlający wyniki tych pomiarów. Można tam także zadeklarować, przy jakiej temperaturze komputer powinien się sam wyłączyć. Ze swej strony dodam tylko, że bezpieczna granica to około 50 stopni Celsjusza. Zwykle ważne jest także dobranie odpowiedniego wentylatora. Oczywiście, wentylator należy dobrać do typu gniazda procesora. O częstotliwości taktowania procesora decydują przede wszystkim dwa elementy - FSB (Front Side Bus) oraz mnożnik. W największym skrócie - pierwszy z nich określa częstotliwość, z jaką pracują podzespoły komputera, drugi zaś decyduje o samym procesorze. Jeśli mamy np. Durona 800, to standardowa wartość FSB wynosi dla niego 100, a mnożnik 8. Wydawać by się mogło, że najprostszą metodą podkręcania procka jest, więc zwiększenie mnożnika. Owszem, tak właśnie było w Złotych Latach Overclockerów - wtedy każdy kręcił, jak tylko sobie wymarzył. Później swoje trzy grosze dołożyli producenci układów i zablokowali mnożniki. W sumie, nic dziwnego - skoro ludzie mogli wycisnąć ze swojego starego procka tyle, co z nowego modelu dostępnego za 300 zł więcej, to nikt nie kupował nowości. Na szczęście, o regulacji częstotliwości FSB decydują producenci płyt głównych - oni nie mają nic przeciwko overclockingowi. Co więcej - starają się go maksymalnie ułatwić. Tak, więc wszystkie nowe modele Celeronów, Pentium III/4 oraz Anthlonów można podkręcić jedynie przez zmianę FSB. Dokonuje się tego przez prostą zmianę parametrów w BIOS-ie (zazwyczaj menu "Chpset Features Setup" czy też po prostu "Frequency Control"). Po odpowiednich ustawieniach wszystko powinno działać zgodnie z planem. Nie wymieniłem tu Durona - w jego wypadku producent zostawił pewną furtkę. I właśnie nią zajmę się dokładnej. Cała ta idea opiera się na dostępności dla użytkownika elementów warunkujących przetaktowanie. Są to tzw. mostki L1 - cztery cienkie druciki, wtopione w ceramiczną obudowę procesora, widoczne obok jego rdzenia w otoczeniu innych mostków - L2, L3 oraz L4. W początkowym okresie produkcji Duronów były one nanoszone bez uszkodzeń - procek można było bezkarnie podkręcać. Niestety, po pewnym czasie spece z AMD zaczęli je przecinać - na każdej ścieżce widoczna jest mikroskopijna rysa. Tak, więc cały numer polega na zlikwidowaniu tej przerwy. Najprostszym (i, wbrew pozorom, wcale nie najgorszym) domowym sposobem jest zamazanie mostków miękkim ołówkiem, najlepiej 2B. Grafit, jako dobry przewodnik prądu, załatwi sprawę. Można także, ewentualnie, użyć specjalnego przewodzącego flamastra lub też farby - je trzeba jednak kupić w specjalistycznym sklepie, a ołówek znajdzie się przecież w każdym domu. Pamiętajmy tylko o zachowaniu podstawowych zasad komputerowego BHP: przed demontażem komputera należy się odelektryzować, np. dotykają kaloryfera (oczywiście, w miejscu nie pokrytym farbą), a podczas zabiegu lepiej nie mieć na sobie np. wełnianego sweterka czy tez polara. Przed korekcją powierzchnię mostków wypadałoby też odtłuścić, przemywając spirytusem - grafit będzie się lepiej trzymał. No dobra - oto naprawdę minimalistyczny kurs rozkręcania komputera. Najpierw zdejmujemy obudowę - w zależności od producenta może składać się z różnych elementów, zawsze jednak można je tak zdemontować, aby widoczne były kable, karty itp. (z lewej strony patrząc od frontu) oraz blacha, do której przykręcona jest płyta. Następnym krokiem jest demontaż wszystkich kart oraz odłączenie kabli. Później odkręcamy całą metalową płytę z prawej strony i wyjmujemy ją razem z przymocowaną płytą główną. Całość montujemy w odwrotnej kolejności. Na koniec uruchamiamy komputer, wchodzimy do BIOS-u i w odpowiednim menu zmieniamy mnożnik. Jeśli nic się nie dzieje zaczynamy zabawę od nowa - być może któraś ścieżka nie została dobrze połączona. Na koniec należy odpowiedzieć na pytanie, jak bardzo można danego procka podkręcić. Cóż - to bardzo indywidualna sprawa, to zależy od klasy płyty głównej, chłodzenia czy też jakości samego procesora. Ale można przyjąć, że wzrost rzędu 20-30% to wartość przyzwoita (np. 800 kręcony na 1000), natomiast 30-50% - wynik wyśmienity, przy czym praca raczej nie będzie stabilna. Maniacy wyciskają jeszcze lepsze rezultaty, kręcąc np. Athlona 1,2 na niemal 2 GHz, jednak zazwyczaj wiąże się to z bardziej zaawansowanymi sztuczkami (zmiana napięcia, chłodzenie wodne itp.).
Prąd
Pamiętajmy jednak, że kłopoty z niedoborem prądu mogą pojawić się w najbardziej niespodziewanym momencie. Problem ten jest znany producentom sprzętu komputerowego nie od dziś. Właśnie, dlatego mobilne wersje procesorów pobierają nawet o połowę mniej energii niż ich desktopowi bracia. A układy Transmeta Cruzoe, z zapotrzebowaniem rzędu 2W, robią furorę jako serca wyjątkowo mało energochłonnych urządzeń. Dotychczas wydawało się, że problem z niedoborem prądu nie dotyczy posiadaczy komputerów stacjonarnych - w końcu całość jest stale podpięta do gniazdka w ścianie, więc czegoż może brakować? No chyba, że mówimy o niespodziewanych problemach z elektrownią - wtedy też można zastosować UPS. Niestety, tak jest tylko na pierwszy rzut oka. Niby cały system pracuje stabilnie, procesor nawet się nie przegrzewa, właśnie zabieramy się do wypalenia kolejnej płytki. Nagrywarka się rozkręca, drugi cedek pracuje, na chwilę włącza się twardy dysk. I nagle. Koniec! Zwiększony chwilowo pobór mocy nie został zaspokojony przez przeciążony zasilacz. Spora część montowanych w obudowach zasilaczy ma wydajność około 250W. A powinno to być przynajmniej 300W. Wszystkiemu winien, jak zwykle, oszałamiający rozwój technologii - zasilacze, które były dobre jeszcze rok czy dwa lata temu, kiedy o domowych nagrywarkach, gigabajtowych pamięciach RAM czy też gigahercowych procesorach nikomu nawet się nie śniło, obecnie po prostu przestały wystarczać. Oczywiście, nie chcę tu nikogo straszyć, dla większości problem ten długo jeszcze pozostanie zagadnieniem czysto akademickim. Jeśli wszystko do tej pory działało Ok., to zapewne będzie tak dalej. Myślę jednak, że przed następną rozbudową sprzętu warto policzyć waty i zastanowić się, czy nie najwyższy czas także na wymianę zasilacza.
Zakończenie
Reasumując, przyspieszaniem nie powinni zajmować się lamerzy, ponieważ mogliby uszkodzić swoje ukochane maszynki. |